Gracie na czymś?
Ja dzięki SM nie musiałam chodzić na muzykę w podztawówce. To był koszmar, moją klasę było słychać w całej szkole bo się nie słuchała pani.
Jak gitary nie da się dopasować do zespołu??? Tak jak powiedziała Mia jest coś takiego jak duet gitarowy. Fajnie też wychodzi duet skrzypiec i gitary(przetestowałam to z moim tatą). A żeby to nie był offtop to dodam że umiem grać jeszcze parę kolęd(oczywiście z nut) na flecie prostym.

     

  Mizerność polskiej sceny punk, oi, itd. itp.
Ja się nie zgodzę z tym że nie ma na czym grać, gdzie grać. Jeśli ktoś chce to naprawdę robić to znajdzie pieniądze, czas i miejsce żeby to robić.
Mizerność całej polskiej muzyki dopatrywałbym się bardziej w mentalności polaków i poziomu szkolenia muzycznego.
Chyba wszyscy pamiętają lekcje muzyki w podstawówce gdzie szczytem wirtuozji muzycznej było zagranie na flecie prostym "Wlazł kotek na płotek" czy jakiejś kolędy lub wystukiwanie rytmu na tamburynie. (żenua) Ze śpiewanie też nie lepiej takie hity jak "gdzie żeś ty bywał czarny baranie". Niczego wielkiego po tym nie można się spodziewać, mnie do muzykowania to nie zachęciło.

Kiedyś lepiej też z tym nie było, ale kiedyś ludzie nie mieli do wyboru tylko rozmaitych rozrywek. Mogli albo iść na kolejne spotkanie ZSMP i słuchać jak to w kraju rośnie dobrobyt lub wziąć gitarę (najzwyklejszą) i pośpiewać/napisać piosenki o tym jak oni widzą świat. Dziś młodzi wolą iść na disco, do baru - (niestety i ja tak postępuje, chodź na disco nie chodzę)

  Todo
Nie ma to jak nauka gry na flecie prostym przez cała podstawówkę Kolędy mi do dzisiaj dobrze wychodzą chociaż nie pamiętam już co jest co Na kejbordzie też coś uskuteczniałam ale......to już przeszłość Póki co gram amatorsko na gitce ale coś czuję, że muzykiem to ja w przyszłości nie będę...noł łej

Fatal <- czekamy na demosa:D Powodzenia!!

  Instrumenty.
w dzieciństwie uczylam sie 5 lat w skzole muzycznej gry na fortepianie. jednak z różnych względów naukę przerwałam. a że pianino stoi sobie w domu, to teraz od czasu do czasu coś tam dla przyjemności na nim pobrzdękam. zwłaszcza kolędy w święta

kiedys nie lubilam na nim grac. a teraz, gdy nikt mnie do tego nie zmusza, wrecz uwielbiam. tylko czasu brakuje, i sprawnosc w palcach juz nie ta xD

gram też na flecie prostym. zmusili mnie w szkole do tego ;/ ale przynajmniej mialam 6 z muzyki xD

     

  Instrumenty
W szkole na flecie prostym, 2 lata w muzycznej na gitarce klasycznie, teraz na gitarze elektrycznej , na nerwach również, na pianinie umiem jakies kolędy na 2 ręcę zagrac i tyle ( sama się nauczyłam, zresztą tak jak na gitarze chwytami )

  Instrumentalnie
Od czasu do czasu grywam bardzo amatorsko i dosyć rzadko na flecie prostym... Ciekawe utwory mi wychodzą...ale oczywiście - to kwestia wprawy... Nauczyłam się grać na flecie jakoś na początku podstawówki, potem rzuciłam flet w kąt na parę lat, bezskutecznie uczyłam się grać kolędy... Pierwszym nieco bardziej profesjonalnym utworem, jaki zagrałam, było irlandzkie 'Sally Gardens'... potem grałam różne inne rzeczy, sama napisałam jakiś lekko dziwny i trudny utwór...
Chciałabym również grać na wyżej wymienionym flażolecie...moze kiedyś zakupię ten instrument...

  Na czym gracie?
Nie jestem zbyt oryginalna...gram na flecie...
Mój instrument służy mi wiernie od czterech lat, a był kupiony tylko po to, żebym zagrała w szkole gamę C-dur na ocenę...co oczywiście świadczy o tym, iż nie jest to instrument najlepszej jakości...
Pomimo tego, granie na flecie zafascynowało mnie już wtedy...tworzyłam proste i krótkie utwory, które grałam, wychwalana przez rodzinę. Po jakimś czasie jednak mnie to znudziło, flet brałam do rąk jedynie w święta Bożego Narodzenia, kiedy to grałam kolędy...a przez około trzy lata leżał sobie w szufladzie.
Graniem na flecie zafascynowałam się na nowo w listopadzie ubiegłego roku, kiedy to zaczęłam słuchać muzyki irlandzkiej. Wtedy zagrałam moją ulubioną balladkę "Sally Gardens", a potem...poszło jak z płatka i po tygodniu grałam już trzy utwory, znając nuty na pamięć. W tej chwili gdy słyszę jakąś melodię, od razu próbuję ją zagrać... Gdy przećwiczę jeszcze kilka utworów - spróbuję nagrać je na płytę...
Pochwalę się również tym, że napisałam również własny utwór w rytmie muzyki irlandzkiej

  gracie na jakimś instrumencie muzycznym?
troche brzdakam na gitarze i umiem popiskiwac na takim drewnianym instrumencie detym zwanym flet prosty.
Gitara - to taki ogniskowy brzdekacz - chociaz mam 2 elektryczne
A ostatnio jak starsza corka zaczela swoja edukacje muzyczna to pogrywam z nia 2 "glos" na flecie podczas gdy ona na skrzypkach gra swoje etiudki.
Dopoki sa proste to spoko, ale pewnie juz niedlugo nie dam rady z nia grac
Gralismy sobie np ostatnio razem koledy.
Ale mala ma frajde jak tata z nia gra

  działania artystyczne...wasze
Mnie od małego dziecięcia ciągnęło do muzyki. W wieku przedszkolnym dopadłem jakieś tanie, zabawkowe klawisze i od zaraz grałem ze słuchu proste znane melodie, później nawet kolędy i tak dalej...i do szkółki podst. chodząc, 4 latka (min.) uczyło się grać na klawiszach...i wszystko działoby się jeszcze lepiej gdyby nie problemy zdrowotne dziecięcia (ok 1,5 roku przerwy w grze i szkole) i ogólne późniejsze zniechęcenie... Po worku dorzuconych lat naturalnie chęci wróciły...no ale dużo za dużo lat minęło jak na klawisze... Jakiś czas temu siadłem dość głęboko w sprawy plastyczne (liceum plastyczne)...38 h tygodniowo to nie jest mało... a ja jeszcze chcę w tym roku zacząć naukę gry na saksofonie...sam nie wiem...może nie okażą się to dwa srocze ogony, a np. gawrony... Generalnie ostatnio flet prosty jeździ ze mną wszędzie...obecnie składam skład na muzykę "korzenną"...

  A może na czymś gracie??
Hej!!Ja, jeśli można dołączę się do chórku ( mam praktykę scholową za soba i epizod śpiewania w zespole dziecięco-młodzieżowym). Podstawowe chwyty gitarowe też łapię, na flecie prostym "Prząśniczki" i kolędy. Acha i mam syntezator w domu, mogę udostępnić zespołowi;)ja w sobie talentu nie odszukawszy, ku wielkiemu smutkowi rodziców zakonczyłam epizod klawiszowca. Tylko gdzie próby??? wypada jakos środek Polski wyznaczyć, czyli Kraków))

  Dla Wszystkich Dziewczyn
Ja chodzi?am do szko?y muzycznej jak by?am w zer?wce, ale na tym skoczy?a sie moja kariera muszyczna. W zesz?ym roku w szkole, na muzyce gralismy na flecie
Chcia?abym umiem grac na pianinie, ale nawet nie mia?abym jak sie uczyc, bo do szko?y muzycznej w tym wieku na nauke gry na fortepianie juz nie przyjmuja, a gdybym chciala sie zapisac na jakies zajecia indywidualne to i tak nie mam pianina wiec nie moglabym w domu cwiczyc. Umiem zagrac pare prostych piosenek, koled itp. na jedna reke. Zreszta z nut tez nie bardzo umiem czytac, tylko jakies proste nutki, a wiekszosc nauczylam sie sama, tak poprostu, ze s?uchu.

  Ktos gra na czyms w tej szkole ??
czy w tej szkole organizuja tak jak bylo u mnie w gimnazjum ze ludzie(muzycy) zbieraja sie i na jakas uroczystosc przygotowuja material muzyczny??



chodze do tej szkoly juz trzeci rok i nie zauwazylam aby dzialo sie cos takiego ...
chociaz nie..fakt jak bylam w 1wszej klasie...to pare dziewczyn i ja + koles, ktory gral na pianinie i kolezanka grajaca na gitarce spiewalismy koledy na Boze Narodzenie..ale od tamtej pory chyba nic takiego sie nie dzialo...
wiem ze na kazda uroczystosc nasza polonistka pani Ciecierska przygotowuje występ razem ze swoimi "aktorami" z kółka teatralnego...i to chyba tyle..ale zawsze mozna by bylo do niej zagg i zapytac czy nie chce jakiegos "soundtrack'u" do swojego wystepu :P

a co do moich umiejętności zw. z instrumentami...to gram troszke na pianinie a wlasciwie gralam kiedys...i na tzw. flecie prostym drewnianym :P:P

pozdr

  Ulubione instrumenty muzyczne
kredtka, też tylko umiem grać na flecie prostym Miałam się uczyć grać na GITARCE KLASYCZNEJ ale nauczyłam się tylko dwłch najprostrzych piosenek... Hmmm... Ciekawe czemu??
Uwielbiam dźwięk... fortepianu! Zawsze chciałam na nim umieć grać, a tak na serio to umiem tylko dwie melodyjki ( w tym jedna kolęda) ^^'. Kocham jeszcze gitarę elektryczną i skrzypce. Te instrumenty są najfajniejsze. Nienawidzę... Dźwięku trąbki, gdy ktoś kompletnie nie umie na niej grać

  Muzycy! Łączmy się! :D
Blabusie!
A Ja tylko gra(ł)am na drewnianym flecie.
Proste śpiewanki, kolędy...
Ale nie mogę tego robić w domu, gdyż mój kot ma bardzo wrażliwy słuch i dostaje wtedy szału.
Sama nie komponuję. I nigdy tego nie robiłam.
Tylko odtwarzam.

Nie mam się zatem czym chwalić.
Ale słuchać...
...owszem lubię.
Muzyka zawsze działała na mnie niczym kocimiętka na mojego pupila.
To muzyką zawsze się upajam i upijam.

Muzykalne pozdro dla utalentowanego Kolegi!

PS Czy dostanę zaproszenie na Twój występ Blabusie?

GREEN.

  Zaproszenie na wieczór z polską kolędą
Towarzystwo Przyjaciół Kultury Polskiej im. M. Reja w Luksemburgu
(L‘Association Culturelle Polonaise à Luxembourg)
zaprasza wszystkich miłośników polskiej tradycji na

Spotkanie

połączone ze wspólnym

śpiewaniem kolęd

dnia 17 stycznia 2009 (sobota) o godz.18.00
w siedzibie CLAE – 26, rue de Gasperich, Luxembourg
wspólne kolędowanie animować będzie w tym roku rodzina Wierzbickich w składzie: Aneta Wierzbicka – śpiew, Agnieszka Wierzbicka – flet prosty, Marcin Wierzbicki – gitara.

* * *
Wieczór kolęd wzbogacony będzie także częścią kulinarną. Na kolację w cenie 18 € (dzieci do lat czternastu 10 €), składać się będzie następujące menu:
    – sandacz w galarecie na sałatce warzywnej,
    – zupa borowikowa lub barszcz,
    – danie z czterema rodzajami pierogów, gołąbki,
    – ciasta (makowiec, sernik) kawa lub herbata.
Ze względu na ograniczoną ilość miejsc, zgłoszenia udziału (równoznaczne z wpłatą na konto: IBAN LU52 1111 1510 4011 0000 (Association Culturelle Polonaise)) prosimy kierować do dnia 14 stycznia 2009.

  Prośby o harmonizacje, nuty etc...
A ja miałabym prośbę o jakiekolwiek piosenki lub (NAJLEPIEJ) kolędy ale z chwytami na flet prosty.
Z gory dziekuje

  [nuty] Nuty-flet prosty
Mógłby mi ktoś podać nuty/strony z nutami (najlepiej same nuty) na flet prosty? Chodzi mi o kolędy. Głównie o "Cichą Noc" ale inne też dobrze jakby były.

  Mandaty
Ja dostalem dwa mandaty. I oba w Gdansku - chyba na studiach bardziej wstapil we mnie Pan Szatan i w ogole.

Pierwszy to byl za chlanie w miejscu publicznym i to po imprezie, na ktorej mialem nie pic. Spilem sie darmowym piwem kumpla, ktory mial urodziny. Pojechalismy potem na starowke autobusem. Jakoze jestem renomowanym i szanowanym na dzielni grajkiem, to wzialem ze soba swoj megafajny plastykowy flet prosty za 5 zeta i gralem na nim koledy w autobusie i ogolnie chyba troche darlismy ryje.

Potem wylezlismy na starowce i chyba bylem juz troche pijany. Znaczy sie "troche" to tak jakos juz "spity jak szmata" w moim przypadku. No i wylezlismy i wlezlismy prawie na sama dluga z browarami w reku . Nie wiem czemu w ogole wtedy nie zalaczylo sie nam myslenie, ze na DLugiej raczej patrole policji sa dosc czeste . No i zgarneli nas.

Drugi mandat dostalem za uprawianie sztuki. W pewnym sensie. Kiedy krecilismy drugi epizod Pana Maski i slawne wyjsce z autobusu, to afkoz musialem przebrac sie w stroj superbohatera z DS2 i wejsc do tego autobusu, przejechac jeden przystanek i tam czekam na mnie kumpel z kamera i filmowal jak wychodze.

Wszedlismy z drugim kumplem, ktory robil fotki, do wersji director's cut . Pomyslalem, ze na terefere kasowac bilet, bo w sumie to tylko jeden przystanek. No ale Renoma nie spala. Zostalem obmandatowany stojac w autobusie, a potem na przystanku w stroju Pana Maski (czyli w rajtuzach, pelerynie unii europejskiej i masce gazowej). Nie mialem przy sobie dowodu, wiec chcieli mnie w ogole wziac na komisariat policji To by dopiero bylo Ale udalo sie ich przekonac, by pozwolili mi skoczyc do akademca po dokumenty .

Bylo troche zabawnie, ale w sumie kosztowalo to nas 198,80 zeta . Niech zyje renoma!

  A może na czymś gracie??
ja jestem w stanie zagrac na flecie prostym kilka koled bozonarodzeniowych

  ="nd();" >Coś o sobie
oj nie wiem nie wiem zeby nie bylo ze nabijam posty

Mam na imie Mateusz. urodzilem sie w rzeszowie 1 czerwca 1987r czyli mam 21 lat..chodzilem do szkoly podstawoej i gimnazjum w trzebownisku.. pozniej do VIII LO w rzeszowie. obecnie jestem studentem 3 roku na uniwersytecie rzeszowskim na kierunku"edukacja artystyczna w zakresie sztuki muzycznej".
Juz za czasow gimnazjum zwiazalem sie z KSM w Trzebownisku chociaz jeszce nie mialem lat(sympatykiem KSM mozna byc od 14 roku zycia a ja mialem 13) ale jakos ten temat przeszedl:) w tym tez czasie zaczalem sie uczyc grac na klawiszach i przez rok czasu chodzilem na lekcje gry na pianinie.. jednak z czasem stwierdzilem ze pianino jest fajnym instrumentem ale jakos nie uzeklo mnie tak jak chcialem... i w tym momencie na pewien czas nastapila przerwa z muzyka... i zaczalem byc wielkim dzialaczek KSM.. zaczely sie szkolenia,turnusy...rozne akcje... takze codzienne wizyty w "kafejce"(naszej salce-mozna powiedziec ze jak 2 dom) w tym tez czasie zaczalem duzo jezdzic na rowerku, ktory jest do dzisiaj taka moja pasja.. na poczatku zaczelo sie od malych i prostych wypadow a z czasem coraz dluzszych...w niektore wakacje robilem po 3000 km rowerkiem...pod koniec gimnazjum tak sie troszke nudzilem w domu i pewnego razu popatrzylem na gitare, taka stara ruska,.. i zaczalem cos brzdekolic... bo trudno to bylo nazwac gra..tak sie jeszce zlozylo ze w naszym ksm'ie nasz muzyczny zrezygnowal z grania i trzeba bylo kogos na to miejsce... wtedy tez zgadalem sie z Longerem(dawid p) i cos wspolnie zaczelismuy grac na mszach(na poczatku znalismy 4 akordy ale wystarczalo nam to do grania na mszy) nie ukrywam ze wtedy rozwijalismy sie szybko .. bo cwiczylismy codzinnie... a turnusach poznalismy Asie ktora grala na skrzypcach, agnieszke ktora grala na flecie poprzecznym, dawid zaprosil swoja kuzynke i tak powstal pierwszt skladzik z ktorym pojechalismy na ogolnopolski konkurs koled i pastoralek w suchej beskidzkiej..gdzie zdobylismy nagrode od publicznosci... byl to tez okres w ktorym bylem bardzo inspirowany muzyka zespolu manitou i gra na gitarze Andrzeja Paśkiewicza. w czasie liceum a wsumie juz pod koniec..dalej dzialalem w ksmie ale juz na szczeblu diecezjalnym... najpierw w 2 kl LO zaczalem spiewac w chorze diecezjalnym KSM a po kilku probach dostalem propozycje zeby ten chor prowadzic i propozycje przyjalem...chor dzialal bardzo preznie i na koncie mial wystepy przed biskupami w katedrze rzeszowskiej, na dniach papieskich w teatrze maska i na rynku rzeszowskim i przez pwien okres bylo w nim ok 60 osob spiewajacych oraz kilka osob grajacych na instrumentach. Z czasem z powodu braku czasu musialem zrezygnowac z prowadzenia choru i zaczalem przygotowywac sie do matury Wtedy tez poznalem ks Pawla Kopcia i tez wtedy rozpoczelismy czuwania Pokolenia JPII.Rok po smierci papierza kiedy zblizala sie rocznica ks Pawel powiedzial .. "cos trzba by przygotowac... moze jakis koncert.. Zółwik dzialajcie cos" byl wtedy jeszcze przy tym snikers... i w taki sposob powstal zespol shaddai(wtedy noszacy nazwe "pokolenie JPII" zreszta moze o samym zespole i historii Shaddai nie bede pisal bo jest wszystko napisane w biografi ale to wazny element mojego zycia i duzo w nim zmienil
A co jeszce moge o sobie powidziec ?? no sam nie wiem poza tym ze jestem dziwnym czlowiekiem (co da sie zauwazyc) to lubie sie smiac,chodzic po gorach,oczywiscie lubie muzyke ktora chyba jest jedna z wazniejszych czesci mojego zycia, co jeszcze moge apisac ?? ze od najmlodszych lat jestem niesmialy...:p
zreszta jest juz pozno i jak cos sobie przypomne to dopisze:)

  Vangelis - mój Top 10
5.THE CITY (1990)
Vangelis nie spełnił swojej „groźby” kontynuacji cyklu zawartego na płycie Direct, co więcej wyniósł się z Aristy i trafił do East - West (WEA). Rok 1989 można by nazwać rokiem rzymskim. Wyjechał do Włoch aby zająć się muzyką do włoskiego filmu Francesco o św. Franciszku z Asyżu (muzyka nie wydana, perturbacje wydawnicze plus niechęć V do zalegalizowania tego na krążku – są bootlegi). Tamże stworzył Page Of Life, kolejną płytę z Andersonem i symfonię która nie ujrzała światła dziennego. Wreszcie w lipcu dał koncert w starożytnych termach forum Caracalla w celu zebrania pieniędzy na rzecz Italian Cancer Research. Wspomniany przeze mnie przy recenzji płyty Direct multi instrument wybudowany na potrzeby studyjne i koncertowe stał się bohaterem kolejnej płyty, która także powstała w Rzymie. Vangelis został poproszony przez Romana Polańskiego o zrobienie muzyki do filmu Gorzkie Gody ( V chwalił Polańskiego za to że ma bardzo poukładane wizje relacji obraz dźwięk co dawało mu psychiczne wytchnienie –czego nie miał przy współpracy z Scottem przy Blade Runnerze – ponoć reżyser ciągle kaprysił).V mieszkał w hotelu De La Ville gdzie także znalazł się jego sprzęt i ponoć od tak z niczego powstał tam także zapisany na tym instrumencie szkielet płyty The City jedynie obrobiony nieznacznie w Paryżu w Mega Studios. To w tym pokoju hotelowym nagrał dialogi Polańskiego z żoną a potem dał prywatny koncert wykorzystaniem Direct dla paru wyselekcjonowanych gości z tego nowego materiału m.in. dla Polańskiego. Vangelis stworzył płytę koncepcyjną w której zawarł odczucia które przynosi mu obcowanie z miastem. Płytę oparto na osi czasu –dźwięki przedstawiają życie metropolii od wczesnego świtu do późnej nocy czyli jednego dnia.
Czy aby jednego? Zwróćmy uwagę że płytę otwiera i zamyka ten sam dialog Polańskiego i Seigner . Można to rozumieć opatrznie – miasto nie ma nam nic do zaproponowania ponad codzienny cykl, który ciągle jest taki sam. Czyli ten jeden dzień to zarazem cała wieczność – zmieniają się na przestrzeni dziejów tylko odgłosy ulicy...Pytania także można mnożyć przy zagłębieniu się w temat jakie to miasto zostało sportretowane? Czy mamy do czynienia z Rzymem co byłoby najprostszą interpretacją ( niektórzy w tytule Procession dopatrują się tego potwierdzenia, że niby wskazuje to na Watykan i procesję religijną) czy może jest to obraz miasta kosmopolitycznego , pachnącego egzotyką, gdzie różne nacje, mówiące w różnych językach , ruch uliczny, klimat kawiarń, dzielnice uciech to obraz dzisiejszej rzeczywistości dużych aglomeracji, albo czy V zastosował kompilację , zlepek stereotypów z różnych miast np. Paryża (Morning Papers), Rzymu (Procession), Tokio (Twilight)? Trudno dociec ....

Dawn – To swoisty pean na temat pierwszych promieni słońca. Lekkie smaganie strun i melancholijne wstawki trąbki której towarzyszą zwiewne dźwięki imitujące marimbę, wyczarowują przed nami wzbogacone o kombinacje perkusji i rogu ambientowe cienie w jasnych, pastelowych kolorach. Wprowadzony na otwarcie płyty nastrój sennego mirażu, powoduje że ten kawałek można postrzegać jako swoistą digitalową reminiscencję klimatu muzyki z Blade Runner’a. V nie zdradza się żadnym dźwiękiem jak naprawdę odczytywać nastrój tego utworu. Utwór ten właściwie snuje się jak długie intro , wprowadzenie do właściwej melodii. Pod koniec pojawiają się dotąd nie stosowane przez V zabiegi – aby zobrazować pełniej zamierzenie płyty czyli oddanie ducha miasta V kreuje poprzez efekty dźwiękowe jego odgłosy –słychać kroki, monolog Polańskiego z żoną Seigner ("Is the city open?"-"c'est beau Romain, c'est beau"-"Are there any morning-papers yet?" -"Too early"-"a sandwich"-"Thanks"), przechodzące w Morning Papers gdzie do kontynuacji tych odgłosów dochodzi –bicie zegara, zapowiedzi z dworcowego megafonu, sygnał karetki. Wszystko to sprawia że imitacja atmosfery miasta jako takiego poprzez uniwersalne jego odgłosy nabiera kolorytu a słuchacz ma wrażenie obcowania z rzeczywistością. Ten wstęp można przyrównać do intro "Shine On You Crazy Diamond" Pink Floyd wprowadzenia pewnej atmosfery rozwiniętej w trakcie trwania płyty.
'Morning Papers' rozpoczynają kroki , odgłosy ulicy i Roman Polański proszący o poranną gazetę w kiosku. Utwór ma bardzo intymny, zmysłowy nastrój. Duża rola przypada perkusji przywodzącej na myśl styl muzyki z tradycyjnych filmów gangsterskich. Zawiera ciekawe wariacje i wprowadzające pewien dysonans (nie europejskie brzmienia fletu ), chór i linię bassową kojarzącą się z sekcją z "The Friends Of Mr. Cairo". Synkopowany jazzujący podkład perkusji i niesamowity klimat kilku nut na keyboardzie zestawionych z solówką na prawdopodobnie sample azjatyckiego fleta Schakuachi nadaje utworowi bardzo senny, wprost zamroczony klimat wibracji smooth jazzowego klubu. Coś jakby chwila po wyjściu po całonocnej balandze na orzeźwiające powietrze na pustą, dopiero budzącą się do życia ulicę – czyli gdy świta muzyczna aktywność wzmaga się poprzez instrumentarium.
"Nerve Centre", zmienia całkowicie dotychczasową otoczkę odbioru płyty. Bębny i perkusja wykorzystane w bardziej konwencjonalny sposób na pierwszym planie w korelacji z dziwną melodią z syntezatora . Pojawiają się elementy prog rocka –solo gitarowe. Poziom aktywności zniża się pod koniec utworu a solówka na gitarze wybrzmiewa niczym triumfująca konkluzja. Ten utwór zawiera żywsze rytmy –perkusja przywodzi na myśl reminiscencję "Industrial Revolution" Jarre’a –metaliczne brzmienie syntezatorowych efektów i emulowane nienaturalne brzmienie gitary elektrycznej-przedstawiają świt dnia pracy machiny biurokracji, pracę setek urzędników wypełniających biurka w śródmieściu wieżowców wielkich korporacji –utwór przerwany jest swoistą iluminacją dzwonków i dodaniem cyfrowego chóru przy pozostawieniu pozostałych imitacji instrumentów. Mój ulubiony fragment to eksplozja śpiewu chóru od 4.27. Nastrój porannej gorączkowej aktywności ludzi spieszących się do pracy, spotęgowano efektami samochodowych klaksonów. Zwraca tu uwagę zniekształcone brzmienie gitary brzmiącej jak perkusyjny podkład melodii z interesującym użyciem cyfrowego chóru jako prowadzącego dźwięku i digitalowej emulacji OBX jako solowego syntezatora.
"Side Streets" rozpoczynają efekty dźwiękowe naśladujące motocykl, linia perkusji sugestywnie sugeruje podróż drogą Ciekawy prawie taneczny rytm wybijany na perkusji na tle którego wiolonczela prowadzi główną melodię –jako ozdobniki efekty perkusyjne emulowane glosy i oszczędne w wyrazie solówki na syntezatorze. To jakby ucieczka od trybików w jakich tkwią pracujący ludzie ku spotkaniu z przyjaciółmi w Good To See You.
"Good To See You" . Bez tego utworu płyta ta uplasowałaby się poniżej Direct. Jak dla mnie przewspaniałe brzmienie saksofonu w zestawieniu z piękną melodia powoduje u mnie że mam do niego wielką słabość. Słyszymy odgłosy ulicy ale nie nerwowego okresu szczytu lecz spokojnej pory popołudniowej gdy ulice cichną a skrzyżowania pustoszeją Na ich tle wchodzi perkusja, syntezatorowy podkład i przewspaniałe saksofonowe solo. Klimat jaki w tym utworze uzyskał V jest unikalny –niby relaksujący ale podskórnie w brzmieniu saksu słychać jakąś nutkę smutku, tęsknoty za czymś innym. Banalny tekst wypowiadany przez Kathy Hill imitujący prawdopodobnie rozmowę przez telefon, odgłosy jej śmiechu, jak dla mnie symbolizują nie tyle ulotność chwil spotkań, rozmów z przyjaciółmi co bardziej pustkę wynikającą z takich kontaktów po których zostaje tylko wspomnienie a my w wielkim mieście jesteśmy tak naprawdę samotni i anonimowi w swoich czterech ścianach co być może przekazuje nam przejmujący Twilight następujący po Good To See You.
"Twilight" .Ten bardzo nastrojowy, pełen zadumy utwór otwiera szum wiatru na tle którego przejmujący głos kobiecy deklamuje po japońsku by potem pola oddać syntezatorom. Orientalna w brzmieniu melodia rozpisana na keyboardy, rozwija się w czas trwania całego utworu . 'Twilight' ma niesamowitą atmosferę jakby melodyjnego ambientu. Dodatkowego uroku i powabu tajemniczości na tle ulotnych dźwięków dodaje niezrozumiała dla Europejczyka monodeklamacja w wykonaniu Mikamo Yuko i Kimury Rieko. Refleksyjna harfa z jednostajnym podkładem efektów syntezatorowych akompaniuje późnemu popołudniu, zmrokowi –zapachom miasta unoszącym się w powietrzu przez otwarte na nadchodzący chłód nocy okno. Skąd ta interpretacja? Z tłumaczenia tekstu : Dzień przechodzi w zmierzch, to magia czasu, ten sam czas nastąpi jutro i nadejdzie kolejna magiczna chwila, tak się dzieje gdy kolory zmieniają się w aromaty a aromaty przechodzą w kolory i tak jest kiedy cienie topnieją w głębokiej melancholii.
"Red Lights" to zupełny kontrast poprzedniego utworu, gwałtowna zmiana nastroju zaskakujący zestawieniem głośnych dźwięków z rogu i perkusji. Samplowane głosy reprodukowane w manierze orientalnych zaśpiewów, a właściwie zabawy w udawanie śpiewu w stylu karaoke i syntezatorowe efekty sugerujące emulację popowego brzmienia lat osiemdziesiątych. Powtarzane słowa to O-hayashi sposób mówienia używany podczas festiwalu Matsurito naśladujący rytm z bębnów taiko . Oba wyrażenia doshita i korya sa mają znaczenie w języku japońskim ale podczas Matsuri są używane jako nic nie znaczący okrzyk publiczności. Zaskakujący utwór wydający się być bardzo trywialnym, blichtrowatym kawałkiem - tak naprawdę jest taki bo ma ukazać przez to naturę uciech w mieście – jako pustych , hedonistycznych, maskujących naszą samotność. Końcowy róg wprowadzający minorowy nastrój oznacza że każda zabawa kiedyś kończy się i wracamy do niechcianej rzeczywistości –stąd połączenie tych ostatnich akordów z epicką Procession.
Ostatni, najdłuższy utwór to wspaniałe zwieńczenie płyty powoli podnoszące napięcie w którym wiolonczela powraca na pierwszy plan. Niebanalna melodia wspomagana jak zwykle znakomitymi samplami i podgłosami chóru plus w końcu znak rozpoznawczy V. charakterystyczne orkiestrowe brzmienia. Głęboka noc ma w sobie moc oczyszczenia z hałasu dnia codziennego w mieście. Jest czysta i silna. Następuje zaskakujące przejęcie roli wiolonczeli przez akordeon i wprowadzenie patetycznego tonu poprzez werble w stylu wojskowym, które zostają wyciszone i w końcu symbolicznie, jako uzmysłowienie że wszystko zatacza krąg powtórzenie efektów i dialogu z Morning Papers spinających klamrą całą płytę.
The City jest niczym soundtrack – swoistą muzyką dla wyobraźni – refleksyjna opowieść o miejskim życiu wspaniale łączy w kompleksowy przekaz to jak miasto może być miłe, przyjacielskie a zarazem mroczne i odpychające. V maluje różne nastroje – strząsa senność i rusza poprzez ruchliwe ulice i promenady aby wrócić do domu i zainicjować proces od początku. City jest zarazem zmysłowe – poprzez wyszukane rytmy i jakość i malarskość dźwięku i melodii stworzonych przez mistrza. Znakomicie wykorzystuje cyfrowe brzmienia do opisania owej metropolii. Jeden z najlepiej oddanych dźwiękowo obrazów miasta według mnie ciekawszy od Blade Runner do której jest zresztą kilka przywołań i reminiscencji tyle że tu podanych jako esencjonalne składniki . Płyta jest bardziej minimalistyczna niż Direct –jako dekoracje użyto urywki rozmów, efekty dźwiękowe Tu zwraca zwłaszcza interesujące wykorzystanie azjatyckich wpływów poprzez użycie słów czy efektów dźwiękowych. Sample dźwięku monet, rozmów odgłosów ulicy budują bardzo sugestywną atmosferę miasta, uromantyczniają i odpowiednio budują nastrój ––słychać że ten album był tworzony głównie w nocy , w otoczeniu dźwięków jakie przynosi jej cisza - słychać że urzekła go. Co ważne przy efektach, płyta ta jest znakomita od strony realizacji w czym zasługa Frederica Rousseau, inżyniera dźwięku i też el muzyka (polecam Spirit In The Woods) co szczególnie uwypukla się w Dolby Surround. Vangelis rozwija na tej płycie i czerpie z różnych stylów jazz (2) rock (3) new age (5, 6). Instrumentarium oparte jest na syntezatorach, ale brzmienie bardzo różnorodne [trąbka 1, gitara 3, wiolonczela 8]. Tym bardziej więc warto poznać ten muzyczny portret mistycznej podróży ulicami miasta. Miłośnicy muzyki elektronicznej z pewnością nie będą zawiedzeni.(10.35/10)
1. Dawn (4:16)
2. Morning Papers (3:55)
3. Nerve Centre (5:30)
4. Side Streets (4:12)
5. Good to See You (6:51)
6. Twilight (4:57)
7. Red Lights (3:55)
8. Procession (9:33)
Vangelis / all instruments Arranger, Producer, Main Performer
Mikamo Yuko and Kimura Rieko / voices on "Twilight" and "Red lights"
Kathy Hill / voices on "Good to see you"
Roman Polanski and Emmanuele Seigner / footsteps and voices
Philippe Colonna Engineer
Frederick Rousseau Engineer
Alain Marnat Mastering
Florian Assistant Engineer
Ras Baboo Assistant Engineer
4.SPIRAL (1977)
Otwierający album tytułowy Spiral rozpoczynają proste dźwięki, które można nazwać loopem tamtych czasów, wibrujące, wirujące wokół nas idealnie naśladujące spiralę albo właściwie ruch po niej. Zostają one przyciszone i słychać stopniowany , narastający motyw symfoniczny z dodanym dzwonem rurowym przypominającym Tomitę z Pictures At An Exibition. Wielokrotnie powtarzany ma pompatyczne, doniosłe brzmienie. Im bardziej melodia się rozwija tym rytm staje się szybszy. Syntezatory przyspieszają tempo podkładu na tle którego V wygrywa solówkę na keyboardzie podobną do tych z Albedo 0’39 o konotacjach prog rocka wspartą wstawkami instrumentów perkusyjnych jako ozdobników ( pojedyńcze uderzenia, talerze ) by w końcu prawie że galopadę gwałtownie urwać. To jeden z najsłynniejszych tematów V często wykorzystywany w TV ( u nas telewizyjne Studio Sport ), stworzony z brzmienia podobnego do trąbki brzmiącej dość nienaturalnie bo kreowanej z syntezatora. Utwór jest powalający; wymiatające kaskady elektronicznych dźwięków robią wrażenie zwłaszcza przy słuchaniu przez słuchawki. Chwytliwy , atmosferyczny pełen biegle stworzonych ozdobników: sekcja wypełniająca ostatnie dwie minuty to czysta muzyka progresywna wygenerowana przez syntezatory , doprawiony bębnami, kotłami, dzwonkami, i innymi instrumentami perkusyjnymi. Słuchacz zostaje zaskoczony nieskończonym, pełnym splendoru loopem: wywierającym dramatyczne wrażenie, prowadzonym na keyboardach łączących nastrój symfoniczno –hymnowy. Spirala jest odzwierciedleniem nieskończonego ruchu wszechświata. Słychać coś jak właśnie wirujący w spirali dźwięk zrobiony w jak na ówczesne czasy nowoczesnej technologii, które V umiejętnie wplótł w swe muzyczne pejzaże. Pełen mocy, poruszający utwór jest wspaniałym wprowadzeniem w dalszą zawartość płyty.
Mocne , głośne dźwięki zastępuje rozlewający się leniwie pejzaż barw, nastrojowe intro do Ballad rozwija się wolnym rytmem, wspartych gwałtownie silniejszą partią muzyki która zostaje wyciszona a na tle wielce nastrojowego podkładu pojawia się jako akompaniament zwokoderowany głos ludzki podśpiewujący jakieś niezrozumiałe onomatopeje. Słowa są nie do rozszyfrowania. Można rzec że nie mają znaczenia w myśl słów Vangelisa –Obraz to poezja bez słów , poemat jest wyobrażeniem bez obrazu, a muzyka jest jednym i drugim. Niesamowity klimat zostaje wzmocniony – pojawia się coś na kształt refrenu poprzez mocniejsze granie –pasaże na CS80 niezwykłej urody zdecydowanie pasują do obrazku rozgrzanej plaży , spokoju, relaksu ale i zarazem jakiejś zadumy...około szóstej minuty melodia przechodzi bardziej w improwizację by powrócić na końcu do głównego wątku. Kompozycja składa się z większej ilości brzmień niż melodii. Utwór to kontrast do Dervisha D – tutaj mamy instrumentalną balladę, która wycisza nastrój po rozbudzającej Spirali – eksplorując bardziej intymne nastroje, z wpływem interakcji pomiędzy elektrycznym pianinem a syntezatorami wprowadzającymi romantyczne niuanse. Mamy tu ulotny, impresjonistyczny kolaż dziwnych wokaliz, z bluesowo nastrojonymi syntezatorami.
Dervish D zainspirowany jest tańcem derwiszów , którzy poprzez obracanie się wokół własnej osi w tańcu odzwierciedlają wirowanie wszechświata. To kolejny bardzo rozpoznawalny utwór. Bardzo dynamiczny wstęp kontrastuje z poprzednią melodią opartą na instrumentach perkusyjnych którą przełamuje pasażami na syntezatorze –zwróćmy uwagę że gdyby nie podkład bliżej byłoby glissandom V do eksperymentalnej Beauborg niż do melodyki jego innych dokonań– znowu pojawia się tematy przypominające coś jak refren i zwrotki jakby to był album z piosenkami bez słów. Warto odnotować dużo łagodnych dodatków przypominających delikatny w odbiorze wibrafon. Podobny do Spiral, ale odrobinę szybszy , ma 'loopa', w linii melodycznej granej na jej szczycie. Melodia pozostaje niezmienna tylko zmienia się w górnych partiach co jest bardzo efektowne. Dervish D’ to prawie popowy najbardziej zorientowany na ten kierunek muzyki na płycie utwór z chwytliwym motywem i powracającą sekwencja syntezatorową, gdzie można odnotować najszybsze tempo.
Powolne uderzenie basu rozpoczyna To The Unknown Man. Temat rozwija się powoli poprzez konwersację linii basowej z główną melodią; od powtarzania motywu przewodniego przechodzącego przez syntezator na wyższe tony. Po wybrzmieniu całej frazy, dochodzą nowe podkłady , instrumenty - przypominające chór brzmienie syntezatora, trąby, w końcu na pierwszy plan wchodzą werble przełamujące kompozycję. Kiedy pojawiają się owe werble bardzo militarne brzmienie przypomina pogrzeb nieznanego żołnierza. Czyżby ten utwór dotyczył ciągłych wojen? Następnie powraca główny temat, który tym razem oblany jest keyboardowymi brzmieniami przypominającymi późniejsze symfoniczne podkłady V, które pozostają ale zmienia się melodia. Od 6.30 pojawia się spokojny rytm perkusyjny. W finale ten perkusyjny bit ulega zelżeniu abyśmy mogli ujrzeć w pełni cały operowy obrazek gdzie zakręcone arrpeggiatory wywołują surrealistyczne wyobrażenia niczym kosmiczna interpretacja Ravela. Doniosłe powagą brzmienie jest charakterystyczne dla tego utworu stworzonego jako rodzaj symfonicznego poematu, mieszanki spokoju, melancholii i majestatycznej celebry ; pogrzebowy rytm wzbogacono przez dodanie różnych tekstur i orkiestracji biegle wprowadzonych do utworu. Jest tu splendoryczno - bombastycznie, prawie wagnerycznie. Mamy tu mieszankę nowoczesnych wpływów i melodii z keyboardów; Vangelis później rozwinął to brzmienie co da się choćby usłyszeć na Opera Sauvage. Zarazem "To the Unknown Man", można postrzegać jako kolejnego prekursora Titles z Chariots Of Fire z imitującym marsz bitem i ze strukturą przypominającą ten hit.
3+3 tytuł prawdopodobnie wziął się od rytmu utworu. Składa się jakby z dwóch melodii z których pierwsza powraca na końcu . Pierwsza melodia w typowym V stylu : melodia jest prosta i powtarzana coraz to wyżej. Druga melodia to kombinacja brzmień orkiestrowych z solo upodobniającym się do organów. Brzmi to prawie jak blues na syntezatorach. W finale mamy
bardzo melodyjny kompleks sekwenserów wymieszanych z partiami syntezatora i orkiestracji."3 + 3" to kolejny temat przedstawiający ideę spirali z niezwykłymi sekwencjami i chórami w stylu progresji.
"Heaven and Hell" był Vangelisa przełomem, tak Albedo 0’39 a zwłaszcza ten album ugruntowały popularność V. Oprócz cieszących się do dziś dużą rozpoznawalnością melodii zawartych na tym albumie swoistą ikoną stylu V stała się okładka tej płyty czyli wtyczka od mikrofonu układająca się w wężowy kształt wyłaniająca się spośród chmur błękitnego nieba. To chyba jedna z najciekawszych okładek jeśli nie najlepsza z tamtych czasów. Kabel to odzwierciedlenie techniki lecz jego usadowienie w chmurach i to że przypomina kształtem żywe stworzenie zdają się mówić : nowoczesna technologia nie musi być bezduszna; można nią kreować obrazy i barwy, które dają ludziom radość a zarezerwowane dotąd dla tradycyjnych środków wyrazu.
Vangelis swymi eksperymentami pchnął elektronikę na nowe tory. Można rzec że V był prekursorem space music – zwróćmy uwagę choćby na użycie echowych brzmień jak ten na arpeggiatorze w tytułowej kompozycji. Arpeggiatory zresztą znakomicie są użyte także i na 3+3. Struktury są dynamiczne a utwory bardziej wyszukane i skomplikowane. Keyboardowe przedstawienia są nadal bardzo efektowne .Wyraźna transgresja w muzycznym rozwoju ku pełnym dźwiękowym pejzażom , szczególnie w To The Unknown Man to dowód artyzmu. Vangelis w tym okresie już popadał w rozbudowane orkiestracje ale to wysublimowany przykład rozumienia kiedy przed tym należy się powstrzymać w aranżacjach. Po Spiral, styl Vangelisa zmienił się w bardziej gładki, melodyjny , syntezatorowy, z bliższą relacją pomiędzy muzyką klasyczną a elektroniczną. Yamaha CS-80 stała się nieodłącznym emploi związanym z postacią V .Myślę że to kamień milowy w jego karierze, który wypromował go poza wąskie grono miłośników el muzyki. Pytany o sukces albumu odpowiedział : "Próbowanie stworzenia albumu sukcesu jest błędem. Próbować być prawdziwym wobec siebie to sukces”. Spiral” wyłapuje i powraca do ducha wcześniejszych dokonań ale zarazem zdaje się być materiałem bardziej przemyślanym i zwartym – zdaje się ascetycznie doskonale perfekcyjna w kompozycjach, pomimo że nie osiągnął tego samego poziomu ekscytacji w większości epickich pasaży w stosunku np. do Heaven And Hell ( można zarzucać mu pewną kliniczną precyzję) ale kompozycje są tu bardziej zwarte , cały album przypomina monolit , gdy na wcześniejszym, porównywalnym brzmieniem i stylem Albedo 0’39 pojawiają się zgrzyty. Konkludując “Spiral” stoi na pozycji absolutnego klejnotu muzyki elektronicznej - łączy ekspresję i muzyczne ambicje wczesnego V z awangardą i symfonicznym prog rockiem i zarazem jest wzorcem jak zrobić doskonała płytę z el muzyką. Spiral udowadniał że użycie keyboardów nie polega na włączeniu przełącznika tylko na „on” ale i na tym ze artysta może z nich stworzyć nowoczesne arcydzieło, nie nużące słuchacza bełkotem dźwięków. Płyta ta to prawie patetyczny sposób wyrażania emocji zawierająca pięć perfekcyjnie dopracowanych dźwiękowych malowideł arcydzieł obracających się wokół tytułowego tematu spirali. Jeśli można mówić że są dla mnie jakieś lepsze od tej płyty dzieła V to tylko z czysto emocjonalnych powodów - to kwintesencja muzyki spod znaku ME, której płyty V są podwaliną. (10.4/10)

1. Spiral (6:55)
2. Ballad (8:27)
3. Dervish D (5:21)
4. To the unknown man (9:01)
5. 3+3 (9:43)

Vangelis / keyboards, multi instruments, arranger, producer, design, sleeve design
Jack Wood Art Direction
Veronique Skawinska Photography
Marlis Duncklau Assistant Engineer
Keith Spencer-Allen Engineer
Michael Hudson Graphic Design
Michael Plomer Photography
Nagrano w Nemo Studios
3.FRIENDS OF MR CAIRO (1981)
Przełom roku 1980 i 1981 to najbardziej produktywny etap w karierze V. W marcu 1981 wydano Chariots Of Fire a w maju płytę która powstawała równolegle – Friends Of Mr Cairo.
Pierwsze tłoczenie tej płyty oprócz innej okładki (czarno białe , niewielkie zdjęcie duetu zastąpiono kadrem z videoclipu Friends Of Mr Cairo) i różniło się także zawartością jak i ułożeniem kompozycji. "I'll Find My Way Home" wydano jedynie na singlu który okazał się wielkim przebojem (pierwsze notowanie „naszej” listy przebojów trójki Marka Niedźwiedzkiego –miejsce pierwsze) stąd Polydor podczas reedycji która miała miejsce już po niecałym roku dodał ten utwór do tracklisty płyty i zmienił także poprzednią konfigurację utworów. Utwory ze stron A i B zamieniono i tak utwór tytułowy, Back To School i Outside Of This przeniesiono na koniec płyty, zaś State Of Independence, Beside i suitę Mayflower pierwotnie zamykającą płytę przeniesiono tuż po "I'll Find My Way Home". Wydanie cd zawiera taki też program jak i nową okładkę gdzie można znaleźć info Includes I'll Find My Way Home. Oczywiście te czysto marketingowe zabiegi były po to aby wytwórnia na fali zainteresowania muzyką V po otrzymaniu przez niego Oskara za „Rydwany ognia” mogła zarobić jeszcze więcej pieniędzy.
Jon Anderson od momentu poznania Vangelisa w 1975 w Marble Arch, gdzie tenże mieszkał i miał swoje studio pojawiał się gościnnie na jego płytach co jakiś czas. A to zaśpiewał na Heaven & Hell , a to zagrał na Opera Sauvage. Przyjaźń ta muzycznie w końcu eksplodowała wspólna pracą jaką były Short Stories. Tytuł dobitnie podkreśla charakter płyty jaki i tempo jej powstania... Short Stories nagrano w jednym ciągu (!) na taśmę tak że żaden utwór nie ma dwóch wersji-jedyną rzeczą która ewoluowała były teksty. Był to zamierzony zabieg , gdyż jak sami twierdzą ich celem było bycie szczęśliwym i to aby mieć dużą frajdę, dobrą zabawę, z tworzenia muzyki bez wyznaczonego celu. Muzyka była na tyle improwizowana i spontaniczna że nazwali swe przedsięwzięcie Spont Music. Co ważne, obaj uważali że są ze sobą kompatybilni gdyż mają podobne romantyczne dusze, i podobny temperament stąd duża radość ze wspólnych muzykowań.
Panowie spotkali się ponownie w Paryżu, gdzie byli zaangażowani przy realizacji cudzych projektów a że obaj jak się okazało mieli wolny czas z radością spędzili 4 dni na wspólnej sesji w Davout Studio gdzie pośpiesznie wypożyczono dla Vangelisa syntezatory z paryskiego Musicland. Dwa dni improwizowali czyli V grał a J śpiewał teksty z których większość powstawała na bieżąco a potem dopracowywali to co stworzyli. V zmiksował wybrane najciekawsze fragmenty na płytę już u siebie w londyńskim Nemo Studios stąd oba miejsca wymienione jako miejsce powstania krążka. Vangelis twierdził ponownie że pracował z Jonem dla odmiany a zarazem bo lubił pracę z nim i czuł z nim wyjątkową nić porozumienia. Nie interesowało go przemyślane przygotowywanie materiału ale ów dreszczyk emocji co powstanie z owego jam session?
No właśnie. Co powstało?

I'LL FIND MY WAY HOME to budująca pieśń o tym ze nie należy się poddawać przeciwnościom losu i zawsze mieć nadzieję.
W warstwie muzycznej cały utwór oparto na brzmieniu wysokich dźwięków przypominających trochę podkłady wczesnego Kitaro. Dźwięki są miękkie, nienatarczywe, miłe dla ucha. Falset Andersona pogłębia tą atmosferę spokoju gdzie nawet wstawki perkusyjne są wyciszone gdzieś do 1 minuty. Efekt pogłosu w śpiewie Andersona wzmocniony jest dochodzeniem kolejnych brzmień z syntezatorów. intensywniejszy podkład muzyczny, pewne wzmożenie można odczuć przy śpiewie że przyjaciele są po twej stronie (1.42)– melodia nabiera poprzez instrumentarium i inny bardziej mocny śpiew swoistego animuszu.
Od 2.33 Vangelis wychodzi na czoło dając popis swoich umiejętności jako kompozytora i aranżera zawierając w swej solówce jakby streszczenie całego utworu z ciekawym chórkiem Andersona , dochodzi też automat perkusyjny z którego rozlegają się uderzenia wzmacniające klimat czegoś bardzo doniosłego – całość melodii nabiera jakby metafizycznego, kosmicznego wymiaru (słychać resztą taką imitację jakby startu w gwiazdy 2.12). głos i dźwięki przechodzą wyżej i porywający nastrój oblany feerią brzmień urywa się by przejść w kilkusekundową zabawę wysokimi dźwiękami
Ten swoisty hymn-wzniosły i uduchowiony oparto na prostej melodii powtarzającej wysoko ustawioną 4 akordową figurę wzdłuż zwielokrotnionych wokali Jona co daje piorunujący efekt. Dodatkowo ową kosmiczną, unoszącą się w przestrzeni muzykę wzmacnia doskonały tekst.
"I'll Find my Way Home" posiada swój klip wykreowany na potrzeby BBC do programu "Top of the Pops" gdzie Jon i Vangelis udają że grają na fortepianie i banjo na przeciw rozentuzjazmowanej publiki co jest dość zabawne bo nie słychać tych instrumentów w utworze.( Wideo to do zobaczenia także z Friends Of Mr Cairo na bootlegu Video Rarites )
STATE OF INDEPENDENCE –rozpoczyna nieskoordynowana improwizacja na instrumenty perkusyjne i saksofon przechodząca gładko w melodię opartą na pokładzie z syntezatora przypominający trochę utwór Spiral, i instrumenty perkusyjne gdzie głównie słychać bongosy . V oparł cały utwór na powtarzalności pewnych cyklicznie wplecionych ozdobników ( syntezatorowe efekty, elektryczny fortepian) a także duże pole do popisu ma w ciekawej solówce saksofon. Anderson śpiewa głównie przeciągle tworząc jakby kontrapunkt do brzmień muzyki. Wyraźnie słychać że utwór ma charakter swoistej zabawowej improwizacji w stylu zwolnionego w rytmie karaibskiego calypso ( w tekście pojawia się zdanie klucz” Coming up-Carabi-this sense of freedom,Derives from a medative State”), co potwierdzałoby choćby zakończenie gdzie słychać oklaski, śmiechy i komentarze osób towarzyszących nagraniu i to że nagle po skończeniu melodii saksofon i inne instrumenty , jakby ciągnąc zabawę intonują już czysto latynoamerykańskie rytmy. Całość ma więc znamię spontanicznego jam session którego twórcy nie omieszkali kulisy odkryć. W warstwie tekstowej piosenka ta ma charakter nazwijmy to wizji z trzecim światem w tle. Zresztą z tekstami Andersona jest najczęściej tak jak określił to znany yesomaniak Marek Jedliński: Chciałem zostać anglistą w dużej mierze dlatego, żeby zacząć rozumieć teksty Andersona. Ale kiedy "zostałem anglistą" zrozumiałem, że ich się zrozumieć nie da. Utwór ten doczekał się covera wykonywanego przez królową disco Donnę Summer.
BESIDE –rozpoczyna solo fortepianowe, do którego dołącza kolejny wspaniały instrument– głos Andersona swobodnie operujący swym charakterystycznym falsetem. Gdy milknie, V pochłania nas solówką na syntezatorach z miękkimi, delikatnymi dźwiękami. Pojawia się znowu Jon i kojące, bardzo mile dla ucha brzmienie wibrafonu, trójkąta. Partie fortepianowe na przemian z wibrafonem to piękny dialog powtarzany na tle Jona śpiewającego kilkakrotnie „turning again” coś jak riposta wibrafonu na glos Jona. Od 3,44-pełna melancholia, można kontemplować piękno kompozycji.
Teksty są znów zawikłane. Czy to pieśń miłosna czy raczej tekst o zabarwieniu religijnym? Takie same wątpliwości i odczucia napotykam przy I’ll Find... który też brzmi jakoś tak niczym hymn kościelny. Co ciekawe w tekstach motyw powtarzający się to postać przyjaciela, którą Anderson nagminnie przywołuje.
Utwór ma symfoniczny, stopniowo narastający , intensywny nastrój a wokale Andersona , świetnie korespondują z muzyką tworząc nastrojowy klimat .
MAYFLOWER- senny początek, oparto na nieharmonicznych dźwiękach, głosie Andersona i samplach fal morskich. Po chwili echowy śpiew rozlega się na tle improwizowanych pojedynczych dźwięków, by przejść w glissando syntezatorowe plus fortepian. Atmosferę utworu oparto głównie na interpretacji tekstu przez Andersona; nawet w silniejszych partiach śpiewu syntezatory nadal są wyciszone, jakby były cały czas na dalszym planie. V ubarwia jedynie całą kompozycję odgłosami adekwatnymi do tematyki utworu: szumu morza, żagli i czytanym przez narratora(Coker) tekstem po którym muzyka zostaje wzmocniona przez automat perkusyjny by przejść do keyboardowych pasaży i odgłosy morza zastępują rozmowy kosmonautów utwór kończy się bardzo długim wyciszeniem co dodatkowo, zupełnie przypadkowo zważywszy na pierwotne ułożenie listy utworów, wzmacnia efekty rozpoczynające następny utwór.
Słychać typowe słodkie fortepianowe brzmienia Zwiewne syntezatory znakomicie korespondują i perfekcyjnie dopasowują się do zwielokrotnionego echem krystalicznie czystego głosu Jona. Kompozycja zaczyna się powoli a keyboardy zaczynają intensywniej majestatycznie nasycać wolną przestrzeń tylko gdy glos A milknie.
Atmosfera utworu podyktowana jest tekstem którego interpretacja na szczęście jest prosta, gdyż liryki są poukładane w sensowną zrozumiałą poukladaną całość.
Mayflower –taką nazwę nosił pierwszy statek z osadnikami w Ameryce, który wyruszył z Plymouth w 1620 roku, i per analogiam Anderson wywodzi że statek przemierzający w przyszłości kosmos z grupą pielgrzymów z ziemi poszukujących nowego lądu nosił będzie to znamienne miano. I muzyka i tekst to znakomite uchwycenie samotność ludzkiej egzystencji, desperację w odnalezieniu nowego domu, i alienacyjny efekt nowoczesnej technologii gdzie grupa dryfujących w kosmosie ludzi nie jest zdolna porozumieć czy powrócić na ziemię.
FRIENDS OF MR CAIRO - klakson hamowanie samochodu serie z automatu –dla mnie jedenastolatka było to olbrzymie przeżycie. Takiej muzyki nie słyszałem nigdy . Pod nieobecność brata zabrałem jego Grundiga i kasety magnetofonowe do swego małego pokoju i oniemialem jak usłyszalem ten utwór.W końcu pojawia się muzyka rytm wybijany na bębnach i dyskretny podkład syntezatorowy na tle którego rozlegają się dialogi dwojga aktorów. Jakże sugestywnie odegrane. Dal mnie dziecka nieznającego angielskiego ich gra głosem mówiła wszystko; ona się boi , prosi go o coś, on twardziel podniecony tłumaczy jej coś świstają kule, słychać jeszcze jeden męski głos, ale jakiegoś wymoczka, sygnały policyjnych syren, strzały rozbija się wóź i wtedy wchodzi mocno czysty głos Andersona....
Sally Grace i David Coker dali tu popis swoich interpretacyjnych możliwości i zagrali swymi głosami wszystkie postaci zarówno w opowieści gangsterskiej (Coker aż 3 różne postacie ) jak i wtręcie z arabskim love story. Zrobili to na tyle znakomicie że mamy wrażenie że to naprawdę mówi kilka osób i co ważne, robią to w idealny sposób naśladując sposób grania w kinie gangsterskim tamtych czasów.
Scenki rodzajowe przeplatają się z wokalnymi popisami Andersona w ciekawy sposób ubarwiając całą suitę. Trudno sobie wyobrazić aby tych dialogów zabrakło: Gangster Frankie chce zostawić ciężko rannego Johnny’ego i tłumaczy się z tego przed dziewczyną , ta nie zamierza opuszczać rannego kompana, zaś sam zainteresowany stwierdza że nie mam sensu go targać. Frankie dalej perswaduje dziewczynie pozostawanie w tym miejscu, na zewnątrz czeka kumpel w samochodzie dziewczyna się boi że gliniarze wejdą i zabiją ich zwłaszcza że nie mają broni. Frankie znowu tłumaczy że mają trzy miliony w puszce i trzeba uciekać , najwyżej matce rannego wyśle 1/3 łupu, dziewczyna łka żeby tego nie robił. Po chwili Frankie dyryguje że wybiegną przez drzwi wystrzeliwując jednocześnie ( jakaś niekonsekwencja w tekście-dziewczyna mówiła że nie mają spluw- może zamierzona ? W filmach gangsterskich nie chodziło o logikę...). wtedy wchodzi śpiew Andersona streszczający fabułę filmu Sokół Maltański z niezapomnianą rolą Bogarta jako twardziela i Petera Lorrie ( ów wymoczkowaty głos idealnie go naśladuje) najbardziej znanego z klasyka kina niemieckiego „M jak morderca”.
Nie porównałbym tej suity do niczego chyba nikt wcześniej nie zrobił czegoś takiego; prawdziwego filmu w formie dźwiękowej, który oprócz uszu pobudza niesamowicie naszą wyobraźnię, to prawdziwy majstersztyk nastroju . Muzyka i śpiew Jona idealnie wpasowują się w temat utworu czyli czasy prohibicji i gangsterów. O tym też są słowa; o tym że tego typu filmy oglądał z zaciekawieniem cały świat. To nie przypadkowy wiec wybór. Gatunek dzisiaj już martwy kojarzy się wszak z owymi złotymi czasami kona które minęły bezpowrotnie. Dzisiejszy przemysł filmowy to już tylko machina do robienia pieniędzy. Bardzo ciekawe obrazowe zabiegi stosuje zaś V- gdy Jon śpiewa o strzelaniu prosto miedzy oczy słychać zwielokrotniony echem strzał , gdy Anderson przechodzi do wspomnień dawnych filmów i gwiazd mediów ( przywołany jest Obywatel Kane, Edward G Robinson, James Cagney, James Stewart, Clark Gable, O’Sullivan, Douglas Fairbanks) od dziewiątej minuty melodii towarzyszy terkot przewijającej się rolki z filmem podczas projekcji.
Początek utworu jest energetyzujący, oplata go fortepianowy motyw który zmienia się (5.11) spowalniając także rytm, słychać szum wiatru i konwersację (opowieść miłosna ona nie może uciec z nim do Bagdadu bo i tak ojciec ja odnajdzie...), fortepian na tle owego szumu to wprowadzenie do drugiej części utworu gdzie muzyka łagodnieje. Dialogi będące przerywnikami w śpiewie Andersona oddają pola jego głosowi. Wspaniały śpiew myślę że w tym momencie ma przewagę nad muzyką V. Znakomity tekst o naszej ludzkiej przywarze - sentymentalizmie . W tle pastelowe dźwięki syntezatora, nastrojowe, subtelne brzmienia i znowu przejmujący romantyczny głos Jona. dziękującego za to że mógł zobaczyć te wszystkie stare filmy które pobudziły jego fantazję. W sumie ten temat można by zastąpić wszystkim – o dawnej miłości, kolegach z budy, radościach z dzieciństwa –można odnieść wrażenie że temat filmu jest jakby uniwersalny – ogólnie śpiewa Anderson o nostalgii za czymś co się utraciło i to już nie powróci. Symbolicznie przedstawia to dźwiękowe zakończenie wytracająca odpowiednia prędkość przesuwu taśma wiruje w końcu nie mając już nic do opowiedzenia....
Niesamowita melodia i wyważona synchronizacja efektów w Friends of Mr. Cairo tworzą dźwiękowy przepych ale mimo to oszczędzający szkielet konstrukcji na której Jon Anderson usadawia swoją wizję hołdu i fascynacji kinem lat 30 i 40 stych.
Niezaprzeczalnie utwór ten ma centralne miejsce na tym krążku co zresztą podkreśla tytuł całej płyty.
Utwór ten nie wydano na singlu ale i tak stał się na tyle popularny że często grano go w radiu, na tyle że zrealizowano nawet teledysk do niego w którym Jon i Vangelis pojawiają się przebrani za gangsterów z czasów Al. Capone.
BACK TO SCHOOL- zaskakujący jak na Vangelisa kawałek bo... rock’n’rollowy o zdecydowanie lżejszym kalibrze, który swobodnie może służyć na potańcówkę. W warstwie muzycznej nie dzieje się za wiele; zaskakują żeńskie chórki i brzmienia jakby organów hammonda plus sax. Utwór ten przeszkadza na tej płycie wyłamując się muzycznie z jej konwencji i jest najczęściej wskazywany jako słabe ogniwo tego albumu Ale na pewno nie w sferze liryków bo to sarkastyczno-ironiczna diagnoza naszych czasów; opowieść o człowieku. Który widząc jaki okrutny jest świat w którym ktoś chce znaleźć pracę i jak ten ktoś jest traktowany chce wrócić do bezpieczeństwa lat szkolnych.( Ciekawostka dla pamiętających sobotnie audycje Piotra Kaczkowskiego – alfabet grecki –Moon Is A Powerful Lover wykonawczyni Claire Hamill, tutaj jako chórek).
OUTSIDE OF THIS rozpoczyna fortepianowe intro rozszczepione wstawkami z CS 80. Wstęp zamknięty zostaje przez śpiew któremu towarzyszą delikatne dźwięki fortepianu. Jon znakomicie operuje głosem a muzyka V jest genialnym jego uzupełnieniem przez dodanie sampli z których zwraca uwagę flet i spokojny rytm na perkusji. Melodia snuje się sugestywnie niczym przepiękny kobierzec dźwięków aż do mojego ulubionego fragmentu z konwersacją fletu z keyboardami (od 4.00).( na flecie Dick Morissey z którym potem Vangelis współpracował przy Blade Runner). Utwór ma sporo podobieństw z drugą częścią tytułowej suity. Wokale Andersona przejrzyście błyszczą na pierwszym planie a eteryczne i pełne ciepła syntezatorowe pasaże , flety i brzmienia elektrycznego fortepianu dodają niezapomnianego i wyrafinowanego charakteru temu utworowi.
W tekście znów przyjaciel tym razem o tym że go potrzebujemy –cały tekst jest trudny do uchwycenia jeśli chodzi o sens ale można potraktować jako miłosne dywagacje ale dla mnie znowu pojawiają się podejrzenia że można to traktować jako rozważania skierowane bezpośrednio do Boga.
Kompozycje są bardziej melodyjne a aranżacje dopracowane. Utwory są bardziej przemyślane i zwarte w strukturach niż poprzedni surowszy w formie wspólny album a przede wszystkim jest różnorodny i zawiera szeroki wachlarz brzmień od klasycznych na Mayflower po rockowe na Back To School jak i nastrojów od zrobionego z przymrużeniem oka Back To School po sentymentalno - romantyczne Beside i Outside Of This.
Absolutnie powalający album . Pokazuje co dwóch wielkich muzyków może zdziałać jednocząc siły. Wydaje się, że nikt lepiej niż V nie byłby w stanie zinterpretować muzycznie idei Jona i zarazem jest to prawie niemożliwe aby wyobrazić sobie kogoś innego niż Anderson kto mógłby podźwignąć wyzwanie i sprostać swym głosem niesamowitej fantazji muzyki V. (10.52/10)

Jon Anderson- vocals, lyrics
Vangelis- Arranger, Producer, Vocals, Sleeve Art, Keyboards, Performer
Additional Musicians:
David Coker- voice (4, 5)
Sally Grace- voice (5)
Carol Kenyon- backing vocals (2, 6)
Claire Hamill- backing voices (6)
Dick Morissey- sax, flute (2, 6, 7)
Raphael Preston Guitar
Produced by Vangelis
Hitoshi Takiguchi Mastering Engineer
Roger Roche Engineer
Raine Shine Engineer

1. I'll Find My Way Home (4:31)
2. State Of Independence (7:57)
3. Beside (4:12)
4. The Mayflower (6:39)
5. The Friends Of Mr. Cairo (12:10)
6. Back To School (5:10)
7. Outside Of This (Inside Of That) (5:03)
2.PRIVATE COLLECTION (1983)
Rok 1983 był dla Andersona wielce znaczący. Oprócz tego krążka współpraca z Oldfieldem na Crises a przede wszystkim niesamowicie elektryzujący powrót Yes w nowej, zaskakującej oprawie czyli „90125”. Głos Andersona może niektórych irytować ale dla mnie to ewenement –idealnie nadaje się do kreacji klimatów generowanych przez keyboardy co przekłada się na udział jego w projektach nie tylko Vangelisa ale też Oldfielda, Tangerine Dream i Kitaro.( Ciekawostka –Anderson poznał Kitaro dzięki... Vangelisowi który zabrał go na jego koncert w LA, a potem poznał obu panów za kulisami- podczas trasy koncertowej do płyty Dream zdarzało się Kitaro i Jonowi zagrać covery z płyt duetu). Tutaj Anderson wznosi się na wyżyny. Głos Jona jest tak giętki że swobodnie przechodzi od wielkich emocji wzmocnionych orkiestrowymi brzmieniami po intymne i osobiste śpiewanie na tle delikatnych dźwięków.
Tytuł płyty odnosił się do tego że był ten materiał ich prywatną rzeczą , robioną bez publiczności. Jak wiadomo V to przekorna dusza i jak mówił nie robi dwa razy tego samego –wszystko co robi jest spontaniczne i jest improwizacją nie lubi być kontrolowany, ograniczany i żeby stawiano mu jakieś oczekiwania. A takie mu właśnie Polydor postawił –wydać płytę do filmu Blade Runner . Vangelis odmówił. Wściekli dysydenci zdecydowali jako odwet nie promować płyty Private Collection. I tak mimo że większość kompozycji (poza Italian Song i Horizon) ukazała się na singlach, ze słabym wsparciem ze strony wytwórni nie zdobyła list przebojów tak jak i sam album, który nie okazał się komercyjnym sukcesem ale był wszak bez kampanii reklamowej wydany chociażby na rynku amerykańskim. Dla kolekcjonerów single są cenne gdyż niektóre wersje zawierają na stronie B piosenkę z tej samej sesji tyle ze nie zawartą na longplayu czyli „Love Is” (odsyłam do bootlega High In The Sky.Rare And Alternative Tracks). Ciekawa jest też okładka –dość intrygujące zdjęcie w formie graficznej ( otoczone symetrycznymi liniami, krój trzcionki)przypominającej pierwotną wersję okładki do Friends Of Mr Cairo. Czyżby oznaczenie kontynuacji?

ITALIAN SONG –zimne dźwięki i głos Andersona równie mroźny w swej czystości, edytowany pogłosem niczym w lodowej jaskini , układają się w piękną, króciutką ni to kołysankę ni to bożonarodzeniową kolędę. Muzycznie praktycznie bez zmian aż do 1.42 gdzie V daje popis tworzenia nastroju piękną solówką ubarwioną ozdobnikami - znika tu glos A ale powraca wraz z wiodącą melodią w 2.19 by krótko potem zakończyć tą miniaturkę. Te romantyczne otwarcie płyty V uznał za na tyle nośne że zamieścił je wśród nagrań zagranych na koncercie w 1991 w Rotterdamie (Anderson się pojawił ale głos był playbacku). Bardzo spokojny, prawie majestatyczny kawałek, ze znakomitą kombinacją magicznego głosu i zwiewnych i płynnych keyboardów. Słowa niezrozumiale – to nie jest angielski a w książecce nie zawarto tekstu.
AND WHEN THE NIGHT COMES- spokojny rytm perkusji, trójkąt i powtarzające się wysokie dźwięki z keyboardu, na to wszystko nachodzi wokal Andersona – to chyba najpiękniejsze odmalowanie nastroju głosem do muzyki Vangelisa, który jest jakiś taki smutno - zadumany. Muzyka znakomicie zinstrumentalizowana m.in. smyczkami, przez moment może przeszkadzać wprowadzenie saksofonu, i to w dość ostrym brzmieniu ale konfrontując to z tekstem owa solówka ma za zadanie trochę rozproszyć ów powabny, czarowny nastrój roztoczony prze obu panów, zresztą dalsze nie natarczywe dźwięki saksu który kończy tą pieśń łagodnieją stają się bardziej przystępne i można by rzec kusząco seksowne. Ten zmysłowy sax jest udaną reminiscencją muzyki z Blade Runner (znowu Dick Morrisey).
Ten prawie ckliwy temat to perełka klimatu i muzyki zarazem. "And When the Night Comes," wydaje się być słodszą, delikatniejszą wersję "The Friends of Mr. Cairo”. Liryki w bardzo stosowny i delikatny sposób przedstawiają temat seksu.
Jeszcze raz podkreśliłbym że głos Andersona znakomicie uzupełnia, bogatą aurę tego obrazka malowanego dźwiękiem przez Vangelisa.
DEBORAH –piękny wstęp dla falsetu A na początku, prowadzi tylko fortepian, by po chwili dorzucić lejący się dźwięk syntezatorów i zestaw ozdobników z wysokimi tonami. Utwór ma dystyngowaną formę niczym telenowela z wyższych sfer(J).Ot bardzo ładna piosenka –ciekawostką zdaje się lekko zwokoderowany w pewnym momencie głos A i śliczna fortepianowa solówka z typowym dla V podkładem. Ten kawałek jak dla mnie jest najmniej ciekawy co nie znaczy zły. Utwór jest głęboko poruszający w ciepłym, romantycznym klimacie. Treściowo ma charakter apostolarny, to odpowiedź na list małej dziewczynki i radowanie się z obserwacji jak rośnie – właściwie można to odbierać jako hymn na cześć wszystkich milusińskich albo ... ojcowską radość i dumę z własnej pociechy i traktowania jej jako kogoś szczególnego. I znowu znakomicie dopełniającym interpretację Andersona elementem jest muzyka V.
POLONAISE minimalistyczna w kwestii dźwiękowej oparta na rytmie na trzy ballada. Muzyka idealnie podkreśla głos Jona, ale bardziej mu towarzyszy niż wybija się na plan pierwszy, zwraca uwagę wykorzystanie „widmowych” chórów. Znowu wysokie dźwięki idealnie pasujące do tembru głosu A, i bardzo emocjonalna przeróbka Poloneza Chopina, wzmocniona perkusyjnym crescendo po słowach - usłyszmy i módlmy się. Po owej kulminacji wraca bardzo łagodnie, powolne budowanie nastroju aż do subtelnego wyciszenia. . Głos Jona wiedzie nas na szczyty, Vangelis wtóruje mu najpierw jako tło by potem wysforować się na równorzędne miejsce aż do wspólnego punktu kulminacyjnego.
To nic innego jak opowieść o odnajdywaniu spokoju i harmonii i niesieniu nadziei. Tekst jak i tytuł ( fonetycznie po francusku –Polakom) w zakamuflowany sposób odnosi się do politycznych wydarzeń w Polsce w czasie nagrywania płyty, ruchom społecznym przeciw komunistycznemu reżimowi. W jednym z wywiadów Vangelis przyznał że mimo że całość to była spontaniczna jak zwykle zabawa , nie potrafili uciec od wydarzeń na zewnątrz a że byli bardzo poruszeni wydarzeniami w Polsce, nie od strony politycznej ale czystko ludzkiej stworzyli ten utwór. Jon śpiewa –mamy prawo wybierać , nasze serca nas uwolnią a nic nas nie złamie póki jesteśmy otwarci, pomóżmy naszym dzieciom używać jej rozsądnie, dla milionów nadejdzie prawda, zostawmy agresję za sobą a zamieńmy ją Tobą. Owym „Tobą” mniemam ma być Bóg – w tekście roi się od aluzji religijnych –pojawia się typowe słownictwo z pieśni kościelnych – modlitwa, wiara, chwała ,świętość, światłość. Prawdopodobnie to wynik postrzegania Polski w tamtych czasach poprzez pryzmat Papieża, jako bastionu chrześcijaństwa za żelazną kurtyną a druga sprawa że Anderson jak już zauważyłem przy Friends Of Mr Cairo przemyca do swych tekstów sporo elementów wywołujących skojarzenia religijne. Na tej płycie nie wahał się już ich umieścić wprost ale o tym za chwilę.
HE IS SAILING zaskakująco silne brzmienie atakuje nas od samego początku wyeksponowanymi instrumentami perkusyjnymi. Utwór jest głośny i niesamowicie podkreśla mocny, czysty głos A. Solówki V oparto tym razem na keyboardach, wydobywających ciekawe „miauczące” dźwięki wędrujące między kanałami. Przepiękna ściana dźwięku podczas wokalizy A. Można powiedzieć że to obok ostatniego utworu najbardziej ambitny muzycznie kawałek , z wielością zmieniających się orkiestracji, ciekawymi, zmieniającymi się partiami wokalnymi i przeróżnymi efektami perkusyjnymi i energetyzującym rytmem. Niezwykle ciekawie dzieje się w słowach przynoszących tajemniczo-religijne emblematy, które można odczytać jako pieśń nadziei na ponowne nadejście Jezusa ale znów nie jesteśmy tego do końca pewni. W tekście bazuje się na serii aluzji i niedopowiedzeń które nie da się jednoznacznie zinterpretować ale najbardziej pasuje nam ta opowieść jako dzień sądu ostatecznego z tym że w wersji dla tych co nie grzeszyli i wypatrywali go z niecierpliwością. Zwraca też uwagę podobieństwo klimatu z tekstem poprzedniego utworu.
HORIZON początek brzmi imponująco jak mroczniejszy klimatem brat bliźniak poprzedniego utworu i przynosi też skojarzenia z tematem z Bounty. Strumień potężnej muzyki pochłania nas całkowicie. Mocno egzaltowany głos Andersona pojawia się dopiero w 2.04 , wzmacniany głuchymi podgłosami uderzeń talerzy, dającymi niesamowity efekt – ów podniosły nastrój, prawie patetyczny i z lekką dozą grozy – zostaje wyciszony sposobem w jaki Anderson powtarza swoisty refren „peace will come” poprzez głos pełen nadziei i wiary i pewności że tak będzie i wtedy na zakończenie następuje muzyczna kulminacja, eksplozja bombastycznej melodii zdaje się ze słyszymy co najmniej 40 osobową orkiestrę, zapierający mi dech w piersiach fragment, podkład perkusyjny pozostaje ale keyboardy podążają nowym szlakiem , tonując jakby owe szczytowanie. Następuje repryza początku utworu z ponowną powtórką kulminacji z dodanym biciem dzwonów. Jeśli ten utwór miał zdyskontować suitę Friends Of Mr Cairo jako najbardziej pamiętaną udaje mu się to znakomicie ...do gwałtownego ucięcia w 9.33. Wolta w melodii i tempie: podkład łagodnieje i wzlatujemy pod chmury nawet słychać coś jakby chór niebieski –tą solówkę zastępuje potem zadumany, nostalgiczny fortepian zatopiony w dźwiękach dzwoneczków. Te eteryczne przedstawienie muzycznego ekwiwalentu horyzontu to zarazem wstęp do nowej historii, bardzo pięknej, balladowej części tej suity. Anderson powraca dopiero około 14 minuty śpiewając słodko i romantycznie co jeszcze podkreślono echem, tu też refrenem jest że „słodka muzyka i twe tajemne serce, oba mają uzdrawiającą łaskę” co koreluje z dźwiękami pojawiającymi się podczas tego tekstu...następnie Vangelis zrywa melodię basowymi pomrukami i tak często później wykorzystywanym efektem uderzenia olbrzymich talerzy a fortepian wprowadza słuchacza w nowe zaułki muzyki V z przepiękną wieńczącą finał melodią na fortepian. Anderson znowu jest kojący i spokojny i para razem zmierza ku satysfakcjonującej konkluzji.
Przesłanie można by streścić w słowach powtarzanych niczym refren "Peace will come / Come true Horizon". To swoisty hymn, pełen nadziei wyrażanych przez Andersona, o zadziwiających cechach człowieka i nawoływanie żebyśmy znowu zbudzili w sobie dziecko które w nas zginęło, co poniesie nas znowu ku emocjom i uczuciom i w końcu ku dobru. Żarliwość z jaką to kreśli że ludzie w końcu się opamiętają przywodzi na myśl chrześcijańskie pieśni. Pseudo religijne elementy są odzwierciedlone także muzycznie w nakładających się chórkach przypominających kościelne śpiewy, czy radosnym biciu dzwonów.
Symfoniczno zwiewny Horizon to niesamowity epicki utwór który powoduje że rzeczywiście czujemy promyk nadziei, że w tym okrutnym świecie coś się zmieni, swoiste życzenie pokoju w czasach wojny, muzycznie apokaliptyczna kombinacja części cichych z pełnymi glorii i patosu. Czułość i piękno kompozycji znakomicie koresponduje ze znaczeniem transcendentalnych tekstów.

Jakościowo płyta stoi wyżej nad pozostałymi albumami duetu. Bardziej oszczędne aranżacje, perfekcyjnie uszyty nastrój, zwartość materiału, stylistyczna jednolitość, momentami mroczniejszy klimat niż na poprzednich krążkach i dużo ciekawiej i w tekstach i w a to spokojnej, falującej zefirkiem a to pompatycznej, rozpierającej mocą wichru muzyce. Brzmienie keyboardów jest bardziej nowoczesne, z ciekawym wykorzystaniem echa, krystalicznie czystsze i płomienne niż na "Friends of Mr. Cairo" czy "Short Stories" .
Atmosfera którą razem wytwarzają jest niezaprzeczalnie wspaniała na tej najbardziej romantycznej płycie w ich dorobku.
Jest tu tak jak w tekście słodka muzyka ma uzdrawiającą moc. Cudowny głos, liryki i niesamowita muzyka tworzą niepowtarzalną magię, której nie udało się już odtworzyć ani podczas niedokończonej sesji w 1986 roku ani na wydanej w 1991 roku płycie Page Of Life.
To arcydzieło nastroju. Tylko o mały włos wyprzedziła ją inna płyta.(10.65/10)

Vangelis- alll instruments
Jon Anderson - vocals
Vangelis - all instruments
Dick Morissey - sax on And When The Night Comes
Engineered by Raine Shine and Jerome Van De Krugt
Recorded in Paris and at Nemo Studios , London.
Produced by Vangelis
1. Italian Song 02:54
2. And When The Night Comes 04:37
3. Deborah 04:56
4. Polonaise 05:26
5. He Is Sailing 06:49
6. Horizon 22:53
1.L’APOCALYPSE DES ANIMAUX (1973)
L'Apocalypse Des Animaux zawiera utwory które znalazły się w 6 odcinkowym serialu dokumentalnym (każdy odcinek około 50 minutowy) zrealizowanym przez Frederic’a Rossif’a w koprodukcji telewizji włoskiej RAI i francuskiej Tele Hachette. O postaci Rossifa napisałem przy okazji L’Opera Sauvage . Film miał być jakby manifestem przeciwko dziesiątkowaniu świata zwierząt i pewnej nostalgii za utraconymi czasami gdy inaczej traktowano faunę i florę. Całą serię wydano na kasetach VHS w jednym boksie w 1990 roku we Włoszech, Belgii i Francji przez Editions Montparnasse. Są oczywiście bootlegi DVD , zgrywki właśnie z tego wydawnictwa.
Sporo muzyki wykorzystanej w Apokalipsie Rossif zamieszczał później powtórnie w innych swoich dokumentach (m.in Morandi , Georges Braque, L'Opera Sauvage). Co ważne, wtedy jeszcze V nie praktykował tworzenia muzyki do obrazu a potem nagrywania jej na nowo ( nie zawsze to samo) na album. V nie bawił się wtedy w edytowanie muzyki ale po prostu proponował ileś tam kawałków aby realizatorzy dobrali sobie je do odpowiednich partii filmu. Kiedy dokument pokazuje zwierzęta w ich naturalnych zachowaniach muzyka jest wykorzystywana niezbyt intensywnie służy jako po

  polscy wykonawcy-mój top 30
11.TOMASZ KUBIAK-OUT OF ENVIRONMENT SPACE (1994,2000)
Najpierw był solowy debiut kasetowy w 1994 roku. Płyta CD z 2000 roku, została od nowa zmiksowana i różni się trochę od wydania z kasety, są inne czasy. Na kasecie są dwie długie suity, zaś na płycie przypisano im indeksy dwunastu kompozycji.
Płytę otwierają tajemnicze ”bladerunnerowskie” odgłosy przyszłości i wprzęgnięte w nie syntezatorowe wokalizy. Po chwili mieszanka doniosłego chóru z brzmieniem organ spleciona dość gwałtownymi wejściami zestawów szumów i świstów tworzy pompatyczno romantyczny klimat. Po delikatnościach, organy stopniowo coraz mocniej zaznaczają swoją obecność aż do zadęcia we wszystkie piszczałki i wchodzimy w Part 2, do którego pierwsza część jest wyraźną introdukcją. Znowu zestaw ozdób w postindustrialnym brzmieniu i wreszcie organy wygrywają motyw przewodni. Nerwowa melodia wsparta vangelisowskim podkładem powtarzających się basowych tonów, nagle przechodzi w bardzo naturalny sposób poprzez dodanie sekwencji w NBS. Całość tworzy doniosłą atmosferę gdzie szczególnie wyróżniłbym brzmienie organów, które nadają całości patetyczności i uszlachetniają jej brzmienie. Ściana berlińskich dźwięków z melodyjnym zrębem konstrukcji brzmi arcyciekawie i intrygująco jako świeży zabieg odmładzający ducha typowego „berlina”. Teraz to już nic nowego, choćby Gert Emmens ale pamiętajmy że to był 1994 rok! Kosmiczno technoidalne efekty wprowadzają nas w Part 3 gdzie vangelisowskie zawijasy uzyskujemy w korelacji z muzycznym tematem przypominającym wprowadzenie do serialu SF „Star Trek”. Znowu muzyka wytwarza pewien rodzaj atmosfery może nie zagrożenia ale napięcia gdzie świetnie wykorzystano parę taktów fortepianowych i ciekawy podkład. W połowie utworu dochodzi rozmiękczający ten nastrój łagodnymi dźwiękami sekwenser i mamy kolejna porcję „Neue Berliner Schule”. Króciutki Part 4 to właściwie kontynuacja wcześniejszego tematu ze zmienioną barwą syntezatorów i podkładem ze stringów a pominięciem sekwencji które prawie niesłyszalnie snują się w tle. Part 5 ciągnie ten temat i ponownie na pierwszy plan powraca sekwensyjność . W tych trzech utworach słychać najwyraźniej że na kasecie stanowiły integralną całość gdzie wszystkie utwory z płyty były zamieszczone jako dwie suity na stronach A i B. Nadal pozostajemy w kręgu melodyjnego NBS gdzie Kubiak używa miękkich, nie nachalnych barw i mimo ze jest w miarę głośno jest zarazem intymnie... Pod koniec tej części następuje przygotowanie do odbioru kolejnej kompozycji. Part 6 to po prostu majstersztyk nastroju. Dawkowanie atmosfery znakomicie wzmacniane wejściami kolejnych brzmień syntezatora tworzy utwór nietuzinkowy który śmiało można nazwać arcydziełem, jedną z najpiękniejszych kompozycji polskiej el muzyki podług moich ocen. Dla mnie brzmi jak pełna radości kolęda bez słów. Ale można ją odbierać wielowarstwowo. Wysokie, dźwięczące tony, feerie przelewających się barw naśladujących jakby spadające gwiazdy, wzmocnione syntezatorem a następnie brzmieniem organ, świetnie imitują piękno i potęgę ugwieżdżonego zimowego nieba widzianego z górskiej polany lub ogromu wszechświata w wizji fajerwerków tworzących się w kosmosie planet. Za pomocą właściwie prostych środków Kubiak ukazuje swą maestrię wydobywania z melodii niezapomnianych wrażeń estetycznych zdolnych poruszyć zadziwionego słuchacza. Całość przy końcu ginie w świstach i terkotach wpadając w wichrowe szumy wyznaczające uspokojenie aury w kolejnej kompozycji. Otaczają nas błogie dźwięki wprowadzające klimat spokoju i błogostanu, oparty na pojedynczej powtarzanej frazie, fantomowych chórkach i wirujących wokół nas samplach z zaskakującym crescendo z sekcją smyczkową i kotłami w roli głównej, wprowadzającymi do Part 8, kontynuującym naznaczoną linie melodyczną z wykorzystaniem m.in. werbli nadających całości większej dawki energii i swoistej doniosłości z lejącymi się zestawami
syntezatorowych pasaży ponownie z głośnym, pełnym emocji finałem. Part 9 brzmi po nim niczym cisza w uszach po solidnej porcji decybeli. Łagodny flet plus zestaw świdrujących sampli, zastępuje wysunięty na czoło chór w stylu Tomity. Part 10 powtarza i kontynuuje część 9 z tym, że w bardziej patetycznym nastroju z wyłaniającym się wyrafinowanym, wyszukanym brzmieniem syntezatora wcześniej zapętlonym jako podkład a na pierwszym planie artysta snuje solówki, aż nastrojowa prawie smutna melodia ginie w girlandach ozdób. Part 11 to jakby przebojowe wpadające w ucho dzieło, gdzie artysta znowu postawił na powtarzalność ciekawego motywu który przyobleka wielością różnorakich składników tworzących ciekawą fakturę tej kompozycji. Part 12 to znowu te wietrzne zabawy na wstępie i znowu obrazowanie a przynajmniej barwa syntezatora przypominająca chórki Tomity ten zwiewny nastrój zostaje zburzony przez dramatyczne wejście dostojnych brzmień organów nadających zamykającej kompozycji dużej dawki mocy i patetyzmu podsumowując całość wydawnictwa w interesujący, zapadający w pamięć sposób.
Ekspresywny, pełen nieukrywanych emocji i dynamiki styl, czasami „noir”, etapami wyciszony do subtelnych melodii, gdzie sekwencyjne pulsowanie miesza się z gotyckim romantyzmem reprezentowanym od strony instrumentarium przez brzmienie organ i generowane elektronicznie chórki, skłania mnie do refleksji że gdyby Beethoven dożył czasów syntezatorów prawdopodobnie grałby bardzo podobnie. Tyle, że gdy nawet ogłuchł to i tak tworzył nadal. Wielka szkoda, że Tomasz Kubiak sensu w tym już nie widzi...(9/10)
Do posłuchania: http://s002.wyslijto.pl/i...&down=&gk=forex
Oraz: http://s000.wyslijto.pl/i...&down=&gk=forex
Instrumentarium: Casio SZ1, Roland U220, Roland JD800, Alexis Quadraverb, Mackie Microseries 1202, Atari 1040 ST, Steinberg Pro 24
1.Part 1(3.55)
2. Part 2(5.27)
3. Part 3(5.05)
4. Part 4(1.33)
5. Part 5(3.15)
6. Part 6(4.19)
7. Part 7(3.09)
8. Part 8(5.39)
9. Part 9(2.13)
10. Part 10(5.50)
11. Part 11(5.24)
12. Part 12(3.21)

  Zofia Nowakowska
Zofia Nowakowska (ur. 25 lutego 1988) – pochodząca z Kościana aktorka i wokalistka teatru muzycznego Studio Buffo od 2004 roku. Grała we wszystkich ważniejszych spektaklach tego teatru. Zadebiutowała rolą Julii w musicalu Romeo i Julia (grała na zmianę z Martą Moszczyńską, obecnie Marysia Tyszkiewicz). Wciąż gra także rolę Anki w musicalu Metro (na zmianę z Natalią Srokocz). Absolwentka liceum im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie. Studentka psychologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Od maja 2007 nowa solistka Piotra Rubika. Prywatnie związana z wokalistą Rafałem Drozdem.

Biografia
W szkole podstawowej nr 6 i gimnazjum nr 3 w Kościanie śpiewała w zespole wokalnym Gamma II pod kierunkiem Izabelli Kwiecińskiej. Przez rok uczyła się śpiewu w Poznaniu u Marzeny Osiewicz. Gra na flecie poprzecznym. Ma na swoim koncie wiele nagród, m.in. „Złoty serwisik” – główną nagrodę na Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Dziecięcej i Młodzieżowej w Chodzieży, drugie miejsce w Międzynarodowym Konkursie Piosenki w Jarocinie, trzecie miejsce w ogólnopolskim konkursie piosenki „Debiuty 2004” w Lublinie. W roku 2004 została wyróżniona na Międzynarodowym Konkursie Wokalnym w Bułgarii i zdobyła tytuł dyplomantki. Razem z czterema kolegami tworzyła rockowy Dylematt. Grają głównie covery The Doors, Janis Joplin, Nirvany. Kilkakrotnie śpiewała na organizowanych przez „GK” Galach Sportu. W 2007 roku dołączyła do nowego składu zespołu jaki stworzył Piotr Rubik. Jej pierwszym singlem w tym składzie to To cała prawda, którego premiera sceniczna odbyła się podczas festiwalu TOPtrendy 2007. W dniach 3 i 4 lipca 2007r. kręcony był teledysk do powyższego utworu. Zosia wykonuje także utwór będący czołówką serialu "Warto kochać" nadawanego na antenie TVP1.

Nagrody
I Miejsce w ogólnopolskim Konkursie Piosenki Dziecięcej i Młodzieżowej w Chodzieży
II Miejsce w Międzynarodowym Konkursie Piosenki w Jarocinie
Wystąpiła w roli Julii na płycie z muzyką do musicalu Romeo i Julia (musical)
Wystąpiła w słynnej produkcji opery Ça Ira w roli Madame Antoine.

Dorobek artystyczny
Single

Boję się
Świetlista noc
Oczekiwanie
Nie, nie kocham Cię
Psalm z bukietem Konwalii
To cała Prawda
The Right to love
Miłość. Astrologia uczuć
Niezmienność
Kropelka rosy, kropla krwi
Małe tęsknoty
Szyba
Cudeńka rzeźbił Pan Wit Stwosz
Nad malwy, bzy
Do kolan rzuci nam się Wisła

Teatr

Musical Romeo i Julia
Musical Metro
Ça Ira
Tyle Miłości
Ukochany Kraj...
Hity Buffo
Wieczór Francuski
Wieczór Włoski
Wieczór Rosyjski
Wieczór Amerykański

Polski dubbing

Zaczarowana - śpiew Księżniczki Giselle
Dyskografia

płyta z muzyką do musicalu Romeo i Julia
płyta - dodatek do gazety "Poradnik Domowy" z kolędami w aranżacji Piotra Rubika
płyta - dodatek do Gazety Wyborczej " Najpiękniejsze kolędy i pastorałki w aranżacji Piotra Rubika
płyta Oratorium dla Świata Habitat Piotra Rubika
Teatr TV

2004: Romeo i Julia (musical)
Teledyski

"To cała prawda" - lipiec 2007
"The right to love" - lipiec 2007
Koncerty i występy

2005/2006: Rewia Sylwestrowa
2006: Musical po polsku, reż. Janusz Józefowicz
2007: "Jaka to melodia"
2007: "Pytanie na śniadanie"
2007: Dzień Dobry TVN
2007: Zakochani w Krakowie
2007: Koncert Top trendy
2007: Koncert Teraz Polska
2007: Koncert Habitat w Gorzowie na obchodach 750-lecia
2008: Koncert Habitat w Tarnowie
2008: Koncert w Raciborzu na obchodach 900-lecia
2008: Gala Ośmiu Wspaniałych 2008 - "O tyle proszę Cię" duet z Rafałem Drozdem

To na temat Zosi z Wikipedi
Pewnie sobie zadajecie pytanie, dlaczego akurat tu na forum Edi proponuje temat tejze artystki...
Coz ktoregos dnia blakajac sie po intenecie natknelam sie na To cala prawda, wezcie po uwage, ze w tym czasie bedac poza granicami kraju o szumie medialnym wokol Piotra Rubika nic nie wiedzialam, nie pamietalam, nic mi nie mowilo jego nazwisko..
Ogladajac clip glos tej dziewczyny mnie po prostu porazil, dreszcze na calym ciele, tak sobie myslalam czyzby nowa fal bycia fanem(chyba wariuje), mnie rzadko muzycznie jakis utwor wywoluje dreszcze, ale wtedy to taaaakkkk...
I zaczelo sie poszukalam w internecie i nie moglam uwierzyc, przeciez Ona zaczynala w Buffo, tzn. dostala glowna role Romeo i Julia, potem takze Anki w Metrze( tu mozecie mnie zabic, ale moja ulubiona Anka byla jest i bedzie Kasia Groniec, chociaz wolalabym do ekranizacji E. niz Natasze)...
Trzeba przyznac, ze Piotr Rubik dobrze zrobil propnujac jej wspolprace, wszystkie spiewane przez nia utwory sa pisane pod mozliwosci glosowe Zosi np: To cala prawda, Niezmiennosc, Kropelka rosy kropla krwi( pominmy szumu wokol muzyki Piotra nieistotne czy tzw. sacro polo czy inaczej) po prostu tak czy inaczej On ma w tej chwili oprocz Edi najbardziej obiecujace glosy miedzy innymi Zosie....
Ciukawa jestem czy i Was tez zaintersowal ten glos, co prawda zaledwie 21 lat ( wiek mojej siostry), chodzi o to, ze ten glos ewoluuje, zmienia sie, ale byc moze rosnie nam mala Edi...
Tu link do Niezmiennosc
http://www.youtube.com/watch?v=iqVps90hmzU premiera Habitatu z Gorzowa Wlk.
Tekst zaraz wkleje

Czarne anioły odlecą z tych stron,
Na północ, hen, jak stado wron.
Inny z południa przybędzie tu chór,
Co skrzydła ma z tęczowych piór.

Muzyka brzmi, szczęście puka do drzwi...
Cudownie jest człowiekiem być,
Na dobrej ziemi, gdzie przyszło nam żyć,
To może być niezwykły kraj, piekło daleko,
A blisko jest raj, raj!
Raj!

2.
Zmienność jesieni, lat, wiosen i zim,
Niezmienna jest na świecie tym.
Anioł odfruwa i motyl, i ptak,
I człowiek też. Bardzo nam brak.

Muzyka brzmi, szczęście puka do drzwi...
Niełatwo jest człowiekiem być,
Na dobrej ziemi, gdzie przyszło nam żyć,
To może być niezwykły kraj, piekło daleko,
A blisko jest raj, raj!
Raj!

Słodycz umie docenić, kto boleść zna.
Ten sam dzwon i wesele, i żałość gra.
Musisz przejść próbę prostych i krętych dróg.
Żeby szczęście w nieszczęściu rozpoznać mógł.

4.
Czarne anioły odlecą z tych stron,
Na północ, hen, jak stado wron.
Inny z południa przybędzie tu chór,
Co skrzydła ma z tęczowych piór.

Muzyka brzmi, szczęście puka do drzwi...
Cudownie jest człowiekiem być,
Na dobrej ziemi, gdzie przyszło nam żyć,
To może być niezwykły kraj, piekło daleko,
A blisko jest raj, raj!
Raj!

Mija rok, mija wiek, zdarzeń tok, rzeczy wiek,
Mija rok, mija wiek, zdarzeń tok, rzeczy wiek.

5.
Zmienność jesieni, lat, wiosen i zim,
Niezmienna jest na świecie tym.
Tak jak niezmienny w człowieku jest głód,
Błąd prostych słów i pięknych nut.

Muzyka brzmi, szczęście wciąż dając mi...
Cudownie jest człowiekiem być,
Na dobrej ziemi, gdzie przyszło nam żyć,
Wspaniały świat, niezwykły kraj, piekło daleko,
A blisko jest raj.

Cudownie jest człowiekiem być,
Na dobrej ziemi, gdzie przyszło nam żyć,
Wspaniały świat, niezwykły kraj, piekło daleko,
A blisko jest raj, raj!
Raj!

ewntualnie mozna porownac z pozniejsza wersja z Tarnowa

http://www.youtube.com/watch?v=jXitkjwgxgY
oczywiscie utowry na plycie sa zarejestrowane na zywo chyba z samego koncertu
dodaje kolejnego linka do duetu Michal Gasz i Zosia
Kropelka rosy kropla krwi
http://www.youtube.com/wa...feature=related
tekst
Wieczność. Kropelka rosy, kropla krwi - to jest tytuł, który był używany podczas premiery

Ach, Engelsgruss, fruń nad parkami,
Miasto rozkwita i pachnie różami.

Park Wiosny Ludów powstal w Gorzowie w latach 1908 - 1913
wokół tzw. stawu młyńskiego.
W roku 1926 powstało tu Rosarium, czyli Ogród Różany.

Pory dnia i pory roku to
Zamiana ciepła w chłód i jaskrawości w cień.
Nie wie nikt, czym dobro jest, czym zło,
Póki nie zrani go róży cierń.

Kropelka rosy, kropla krwi,
Na wieki wieków ja i ty.
Wezbrany zapach płatki rozchyla,
Różami pachnie wieczność i chwila.
Zamglone oczy, drżący głos,
Na wieki wieków wspólny los -
Pierwsze wyznania, pierwsze wzruszenia
Zachowaj, Panie, od zapomnienia!

Mimo bólu, mimo łez,
Moja miłość wieczna jest!
Mimo cierpień, mimo zła,
Moja miłość wiecznie trwa!

Pory dnia i pory życia to
Zamiana śmiechu w żal i łagodności w gniew.
Nie wie nikt, czym dobro jest, czym zło,
Póki nie zrani go róży krzew.

Kropelka rosy, kropla krwi,
Na wieki wieków ja i ty.
Wezbrany zapach płatki rozchyla,
Różami pachnie wieczność i chwila.
Zamglone oczy, drżący głos,
Na wieki wieków wspólny los -
Pierwsze wyznania, pierwsze wzruszenia
Zachowaj, Panie, od zapomnienia!

Kropelka rosy, kropla krwi,
Ja jestem tobą, a mną ty.
Różami pachnie chwila i wieczność,
Życie bez siebie to niedorzeczność.
Niech przeźroczysty rosy chłód
I ciepła czerwień sprawią cud -
Każde wzruszenie, każde wyznanie
Od zapomnienia zachowaj, Panie!

Mimo bólu, mimo łez,
Moja miłość wieczna jest!
Mimo cierpień, mimo zła,
Moja miłość wiecznie trwa!

i na koniec To cala prawda
http://www.youtube.com/watch?v=VAy44re8Sug